Filmy

Kształt naczynia – przedpremierowa recenzja The Shape of Water

Jak wszyscy dobrze wiemy, woda w stanie ciekłym przyjmuje kształt naczynia. The Shape of Water w stanie filmowym przyjmuje natomiast kształt widza.

Dotarcie na seans The Shape of Water było dla mnie szczególnie męczące (usual stuff – opóźniony pociąg, warszawskie korki, nasza polska pogoda). W nienajlepszym humorze przeciskałem się przez wypełnioną po brzegi salę, wysłuchałem kłótni o miejsce nade mną, by wreszcie usiąść. Potrzebowałem wyciszenia. Na szczęście towarzystwo niemej Elisy (Sally Hawkins) było tuż przede mną.

Gdybym miał o tym opowiedzieć, co bym powiedział? Opisałbym, kiedy? Opisałbym, gdzie? To ważne kwestie, bo Elisa Esposito właśnie wokół nich lawiruje. A może jednak powiedziałbym coś o niej? O czasach Zimnej Wojny, w których żyła? O jej pracy sprzątaczki w rządowym laboratorium Baltimore? Jak trudno opisać coś, co można pokazać. Rasizm, gej, masturbacja – obrzydliwe w wymowie słowa, których znaczenie znajduje swoje miejsce w porządku rzeczy wykreowanym przez Guillermo del Toro. Jak coś naturalnego, nikt nie stara się ich tłumaczyć, a raczej są częścią warstwy artystycznej Kształtu Wody. Do jej reszty należą wszędzie rozsypane liściki miłosne do starszej filmografii (Kleopatra, Potwór z Czarnej Laguny), mrugnięcia do fanów Biblii i wyznawców Hellboya (albo na odwrót). Podsumowując, reżyserska mieszanka kulturowa w formie współczesnej baśni dla dorosłych, którą można było zaobserwować już w Labiryncie Fauna.

Shape-of-Water-theater

The Shape of Water pęka w szwach od treści, lecz ta jest szczelnie zamknięta w pierwszej połowie filmu, aż do pojawienia się potwora w życiu Elisy (Michael Shannon, albo Doug Jones – jak kto woli). To jakby wziąć zbiornik, nalać wody i zamiast powoli wylać ją przez kran, rozbić go po godzinie. Ale jest rozbijany z taką fantazją i czułością, że nie potrafię się złościć.

Baśnie kilku i jeszcze jednej nocy

Czego by tam del Toro nie upchnął, to w gruncie rzeczy jest love story oraz uzasadnianie stanowiska outsiderów: „i kto teraz jest potworem, co? Kto teraz jest potworem?”. Skonstruowane najprostszymi środkami i zrealizowane wzorowo (chociaż nic ponadto – zdjęcia i muzyka nie zasługują na wyróżnienie), dzięki czemu można podpiąć pod to osobistą miłość reżysera do filmu. Znowu muszę wrócić do niej – do Sally Hawkins, „księżniczki bez głosu”, która wcześniej zachwyciła publiczność ubiegłorocznego Maudie. Tam jako pełna energii artystka, tu wiele się nie różni, bo jej nieśmiałość wydaje się wynikać z fizycznych ograniczeń. Czytanie emocji z jej twarzy i z tego, co robiła, było moim ulubionym zajęciem w ciągu dwóch godzin seansu. Nie mamy nawet okazji pomyśleć o niezręczności w kontaktach międzyludzkich, ponieważ zamknęła się w gronie postaci jak wyrwanych z komedii W. Allena. Octavia Spencer najwyraźniej potrafi grać tylko jedną rolę (patrz: Służące), ale razem z podstarzałym rysownikiem Gilesem (Richard Jenkins), wprowadzają trochę ciepła do zgniłozielonego Baltimore.

DIxJ9yBUIAAUVtX

Zaraz… Komedie romantyczne, amerykańskie lata 60., kontrowersyjne tematy mniejszości? Brzmi jak film pod publiczkę, prawda? Cóż, może nim jest, a wielokulturowy styl reżysera ucierpiał z tego powodu. Ale to ciągle del Toro, o czym świadczy decyzja o nagrywaniu podwodnych scen na linach (+CGI oczywiście), zezwierzęcony Doug Jones, cytaty z mało znanej islamskiej poezji, czy wreszcie jedyna w swoim rodzaju forma współczesnej baśni. Kino artystyczne, które równie dobrze można traktować jako rozrywkowe. Dopasowujące się do oczekiwań odbiorcy.