Filmy

Czy warto oglądać Star Trek Discovery? – Wrażenia z odcinków 1-2.

Po dwunastu latach nieobecności Star Trek powraca na małe ekrany, aby znów „Śmiało dążyć tam gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek”. Tylko właśnie nie do końca…

 

Stacja CBS zdecydowanie poszła z duchem czasu. Widać to już po sposobie emisji. W „tradycyjnej” telewizji wyemitowana jedynie pierwszą część dwuodcinkowego pilota. Reszta produkcji na razie, ma być dostępna wyłącznie za pośrednictwem portalu CBS All Access oraz nieco bardziej nam znanego Netflixa (tu znajdziemy polską wersję). A jak prezentują się te dwa odcinki? Cóż, jeżeli oczekiwaliście pełnoprawnego powrotu do korzeni stawiającego na problemy moralne, to nie tędy droga.  Kto jednak miał nadzieję na dużo akcji, przerysowaną barwną załogę i humor w stylu filmów J. J. Abramsa, także może się odbić. Twórcy zdecydowali się na prowadzenie narracji w sposób typowy dla większości współczesnych seriali. Do tego mamy silny wątek ideologiczny oraz niespotykany wcześniej w serii mrok i brutalność. Ale zacznijmy od początku.

Star Trek

Grupa ortodoksyjnych „Trekowców” po obejrzeniu pilota Discovery.

 

To nie jest serial o odkrywaniu kosmosu

Okej, ja wiem, że to dopiero pilot i wiele może się jeszcze zmienić, ale musimy oceniać to co wiemy, na stan dzisiejszy. Tymczasem na obcej (i bardzo ładnej) planecie spędzimy niestety tylko kilka pierwszych minut serialu. Tam też poznajemy panią kapitan statku USS,  Shenzou i jej oficer – Michael. Są to zarazem dwie najlepiej wykreowane postaci. Kapitan Georgiou przypomina żeńską wersję z Kirka z oryginalnej serii, jest więc chłodna, stanowcza, ale i charyzmatyczna.  Z kolei Michael to postać lekkomyślna, egoistyczna i podważająca rozkazy, ale mająca wielki potencjał. Po prostu wypisz, wymaluj Kirk z filmów Abramsa. Generalnie, bohaterowie, choć nie są, aż tak wyraziści jak ci z nowych filmów, robią bardzo dobre wrażenie. Z obcych moje serce skradł porucznik Saru oraz znany z wcześniejszych odsłon Sarek, co ciekawe, protagonistka jest jego przybraną córką co daje spore szanse na gościnny występ naszego ulubionego Wolkanina. Cieszy, także udany dobór aktorów do postaci.

Klingon

Prawdziwi fani oglądają oglądają po klingońsku (to oficjalne tłumaczenie dostępne na Netflixie).

 

 

O co tutaj chodzi?!

No dobrze, ale o czym tak właściwie jest ten serial?  Problem w tym, że obecnie po prostu nie wiadomo. Po wspomnianym, krótkim prologu akcja przenosi się na statek USS Shenzou, tam na główny plan wysuwa się początek konfliktu z Klingonami (rzecz dzieje się 10 lat przed TOS). Zaskakuje, że rasie udzielono relatywnie dużo czasu antenowego, dowodzeni przez T’Kuvme, swoistego klingońskiego mesjasza chcącego zjednoczyć klany i swój lud ponownie potężnym są nietuzinkową grupą.
Jasne, Klingoni to ci źli, grożący Federacji, jednak nie dlatego, że mają misterny plan na zniszczenie wszechświata. Stawiają na politykę izolacyjną, aby nie zatracić swojej odrębności kulturowej, a że lud to dość prymitywny, do konfrontacji dochodzi łatwo.

Z drugiej jednak strony, pomijając spoilery, zakończenie sugeruje, że Klingoni mogą zejść na dalszy plan, ze względu na poważne problemy Michael.
Discovery próbuje w trakcie 90 minut przedstawić zbyt wiele wątków, przez co tempo nie zachwyca. No i co gorsze, nie jestem w stanie stwierdzić, który z nich będzie miał największe znaczenie w kolejnych odcinkach.

Kosmos

W Discovery nie raz można zawiesić oko na pięknych widoczkach.

 

 

Jakiż ten kosmos przepiękny!

Od strony wizualnej nowy Star Tek to prawdziwa perełka. Scenografia statku wygląda fantastycznie (co jednak trochę psuje wiarygodność prequela). Kostiumy prezentują się równie kiczowato co stylowo, dziwić za to może dość ponura stylistyka, jednak należą się brawa za fantastyczną grę świateł. Cieszy również solidna charakterystyka obcych i tak, uważam, że nowi Klingoni prezentują się wyjątkowo klimatycznie. Efekty specjalne robią naprawdę bardzo dobre wrażenie zarówno jeśli chodzi o tła, technologię jak i szczegółowe modele statków kosmicznych – przez większość czasu możemy się poczuć jakbyśmy oglądali pełnoprawny film. Żałuję, że nie mam telewizora z funkcją HDR, na którym Discovery wyglądałby pewnie jeszcze lepiej. Jedyny i dość poważny zgrzyt zauważymy w trakcie starcia statków Floty z Klingonami.  Scena mająca w założeniu pokazać potencjał serialu, cóż… mi  przypominała momentami mój ukochany Powrót Jedi. Ale hej, to wciąż najładniejszy serialowy Star Trek. Nieco gorzej ma się muzyka. Choć motyw główny naprawdę mi się spodobał, to reszta po prostu sobie leciała w tle. Jest okej, ale nic nadzwyczajnego.

 

Star Trek Discovery zaprezentował się jako produkcja mocno nierówna. Z jednej,  strony historia mocno angażuje odbiorcę, a bohaterowie są bardzo fajnie napisani. Z drugiej zaś strony, kuleje montaż i prezentacja wątków. Martwić może zmarginalizowanie eksploracji, za to efekty wizualne, to najwyższa serialowa półka. Ja nie mam nic przeciwko by twórcy eksperymentowali z tą marką ile chcą, byle by to trzymało  wysoki poziom, Discovery zdecydowanie taki jest. Na pewno nie będzie łatwo dorównać kultowi starych seriali i filmów, ale jestem na tak. Wierzę, że dalej będzie tylko lepiej, a opowieść zyska własną, unikalną tożsamość. Jeżeli jeszcze nie widzieliście pilota, koniecznie to zróbcie, a ja z wypiekami na twarzy czekam do jutra, na trzeci odcinek.