Gry

Drifting Lands – Recenzja

Ostatnimi czasy Steam jest wręcz zalewany indykami mającymi wspólną cechę jaką jest mix wielu gatunków. Czy Drifting Lands jest jednak udaną hybrydą?

Podniebne strzelanie

Drifting Lands  od niezależnego studia Alkemi  zabiera nas w odległą przyszłość, gdzie ludzie uciekli ze świata na skraju zagłady. Z czasem powrócili na zniszczoną planetę, po której pozostały jedynie tytułowe unoszące się fragmenty lądów. Władzę jednak przejęły złowieszcze korporacje. Dlatego też właśnie gracz wciela się w dzielnego pilota ruchu oporu, walczącego o wolność i sprawiedliwość dla zwykłych ludzi. Jeżeli jeszcze się nie domyśliliście, to pragnę zauważyć, że fabuła do bólu schematyczna, a jej funkcją jest nadanie kontekstu działaniom bohatera i umieszczenie akcji w lokacjach, na których nieraz zawiesimy oko. Na szczęście twórcy zdają sobie z tego sprawę i zamiast silenia się na wciśnięcie nam epickiej historii bojownikach wolności, co jakiś czas pojawią się statyczne obrazki z tekstem, który w całości da się „przeklikać”. Tyle o tle, ale jak w to się tak naprawdę gra?

Gdyby nie wojna pilot pewnie by zwolnił i strzelił fotki na Instagrama

 

Diablo(dobre) strzelanie

Jak wspomniałem na początku Drifting Lands próbuje nam się sprzedać jako gra wielogatunkowa. Na pierwszy rzut oka jest to przedstawiciel gatunku shoot’em’ up. Szybko jednak dostrzeżemy silne naleciałości z hack ‚n’ slashy pokroju Diablo, a także nieco mniej wyraźne elementy tzw. rogalików. Brzmi to trochę dziwnie, ale jest bardzo dobrze przemyślane.
Grę zaczynamy od wyboru klasy statku. Do wyboru mamy: zwinny, ale podatny bardzo podatny na obrażenia, wolniejsze, ale ciężko opancerzony, a także model pośredni. Nasz wybór nie jest jednak definitywny, ponieważ w każdym momencie, za odpowiednią opłatą możemy dokupić inny statek. Z kolei w miarę naszych postępów uzyskamy dostęp do potężniejszych wariantów pierwotnych maszyn. Kiedy już przejdziemy do akcji, gramy jak w typowego shmupa tj. strzelamy do kolejnych fal wrogów jednocześnie unikając ogromnej ilości kolorowych pocisków wymierzonych w naszą stronę. Pomocą służy system umiejętności. Pomiędzy etapami możemy dobrać cztery umiejętności aktywne i dwie pasywne (odblokowywane za postępy oraz walutę). Tak więc do standardowego latania i strzelania możemy dodać np. leczenie, teleportację czy też utworzenie ognistego pierścienia do walki w zwarciu. Do tego w trakcie przyjmowania lub zadawania obrażeń widzimy kolorowe cyferki reprezentujące wartości ataku. Mają one miejsce, ponieważ ze szczątek naszych adwersarzy otrzymujemy różnorodne przedmioty wpływające na statystyki statku. Loot oczywiście dzieli się na różne kategorie. Od szarego (najzwyklejszy) po pomarańczowy (najlepszy). Konkretne przedmioty wymagają również odpowiedniej wartości atrybutów. Jest i troje i możemy je rozwijać za coraz to większe ilości zdobywanej gotówki.
Wracając na chwilę do umiejętności, wszystkim nowicjuszom zalecałbym pozostawienie pasywnej umiejętności umożliwiającej automatyczny odwrót. Jeżeli bowiem nasz okręt nie wycofa się z walki przed zniszczeniem, konsekwencje będą bardzo bolesne w zależności od wybranego poziomu trudności. Wyposażenie zostanie zniszczone, a jego naprawa pochłonie pokaźną sumę pieniędzy lub bardziej rogalikowo może przepaść na dobre.

Motyla noga, robienie screenshotów w takiej grze to nienajlepszy pomysł

 

Przez aktywne umiejętności i farmienie ekwipunku może się wydawać, że mamy tu do czynienia z produkcją casualową.  Zaiste, jako osoba do tej pory jedynie „liżąca” shmupy mogę potwierdzić, że próg wejścia jest niski, a przez początkowe etapy przechodzi się jak przez masło. Jednakże rzecz szybko staje się znacznie bardziej wymagająca i oprócz sprawnego builda wymaga także dużej zręczności (swoją drogą model strzelania jest zrealizowany bardzo dobrze, a prucie pociskami daje mnóstwo frajdy). Tak więc myślę, że poszukiwacze wyzwań spokojnie mogą się zainteresować Drifting Lands.
Jak dobrze wiemy nie ma róży bez kolców. Tu trzeba nadmienić, że w testowanej przeze mnie kopii tablice wyników nie działały. Mam też spore wątpliwości co do sterowania. Na początku gry widzimy tablicę zachęcającą do gry na padzie. Tak strzelanie na padzie w tej grze jest wyborne. Tylko osoba odpowiedzialna za projekt interfejsu wpadła na bardzo, ale to bardzo zły pomysł. O ile same menusy są eleganckie to sposób ich obsługi już nie. Sterujemy po nich bowiem kursorem poruszanym za pomocą lewego analoga. Zmienianie w ten sposób wyposażenia, czy chociażby wybór misji są strasznie niewygodne. Na szczęście z czasem okazało się, że jest kilka ukrytych funkcji pod kontroler i tak spustami, możemy przełączać ekrany, a bumpery służą do zmiany zakładek na aktualnym ekranie. Na domiar złego w trakcie  używania pada wybór misji był często niemożliwy, gdyż obrotowa mapa w formie kuli po prostu nie przestawała się kręcić. W konsekwencji i tak od czasu do czasu musiałem używać myszki. Doszło do dość kuriozalnej sytuacji gdy interfejs obsługujemy kursorem, podczas gdy we właściwej grze mysz jest niewspierana, a graczom bez pada pozostaje niezbyt wygodne sterowanie klawiaturą.
Kolejną pozytywną cechą omawianego produktu jest bez wątpienia duża ilość zawartości. W celu ukończenia gry musimy przebić się przez 10 „stopni”. Każdy z nich jest wypchany szeregiem misji obowiązkowych i dodatkowych. Te drugie często mają określony cel, a ich ukończenie zapewnia bonusowe nagrody. Każdy etap ma określony poziom trudności od pierwszego do setnego. Co jednak najważniejsze, etapy są w pewnym stopniu generowane losowo, a więc jeśli będziemy zmuszeni powtarzać misję po porażce to będzie się ona częściowo różniła od pierwszego podejścia.

Kiedy myślałeś, że rozwaliłeś już wszystkich stojących na drodze do karpia

Piękne strzelanie

Nie sposób też znudzić się w trakcie gry ze względu na ilość pracy jaką włożyli artyści. Zniszczona planeta na tłach, które oglądamy w trakcie gry prezentuje się zjawiskowo. Podobnie mają się przeciwnicy. Wrogich statków jest dość sporo, a każdy został bardzo ładnie wykonany. Jednakże ilość bossów nie powala na kolana.
Od grafiki jeszcze bardziej do gustu przypadła mi muzyka. Sama elektroniczna ścieżka dźwiękowa zasługuje na miano dziełka sztuki. Dziełka, bo rzecz jest niestety bardzo krótko. Co nie zmienia faktu, że bije od niej pełno energii i perfekcyjnie wpasowuje się w gameplay. Ale co ja tu będę opowiadał. Wystarczy obejrzeć dowolny zwiastun lub odwiedzić oficjalną stronę, która znajduje się tu.  Całość hula na silniku Unity i hula to odpowiednie słowo, bo nawet w najbardziej intesywnych momentach trzyma 55-60 fps’ów (nawet na kilkuletniej zintegrowanej karcie). Jest także pewna zaleta, którą traktuję bardzo personalnie. Mianowicie, od większości klasycznych shmup’ów dotychczas odrzucał mnie występujący dość szybko ból głowy. Po prostu umysł nie ogarniał tej ogromnej ilości migoczących obiektów. W Drifting Lands z kolei problem w ogóle nie występował. Być może to kwestia bardzo czytelnej oprawy i płynnych ruchów. Jedynie drobny dyskomfort poczułem w kilku momentach gdy wrogie statki się teleportowały, a niedaleko były modele strzelające bronią laserową (ta przed wystrzałem symbolizuje linię strzału migotaniem).

Drifting Lands nie wymyśla koła na nowo, lecz sprawnie żongluje znanymi elementami. Uzyskaliśmy jednak bardzo solidny tytuł. Grając w liczne, wydające się na pozór ciekawe mieszanki możemy zauważyć, że sztuką jest właśnie poprawne dobranie różnych mechanik by wyszło z tego unikalne doświadczenie, a nie potworek. Na tym polu developerzy z Alkemi nie zawiedli i jeśli tylko macie ochotę na szybką, rozluźniającą strzelaninę śmiało wydajcie swoje cyfrowe pieniądze. Jeśli nie wiecie czy niezbyt udany interfejs będzie dla Was przeszkodą do przeskoczenia to nic trudnego się przekonać. Twórcy podtrzymują, zdającą się na wymarciu tradycję wersji demo. Za co ode mnie otrzymują dodatkowy szacunek. No i na koniec przypominam. Muzyka w tej grze jest niesamowita.